19°13` 04,91`` E i 49°46` 15,81`` N

Aktualności

 wtorek, 25.07.2006 - WGC 2006 Francja
IMG_2315_21-1-80.jpg 25.07.2006 - dzień odpoczynku

W galerii WGC2006 wstawiłem zdjęcia podesłane mailem przez Wojtka Kosę.

Relacje/komentarze Tomasza Kawy - kierownika ekipy z ostatnich konkurencji.

DOBRA PRACA DAJE EFEKTY

Piękniejszy niż zwykle lazur poranka i pomyślne prognozy dla latania w górach, jakie
funduje w górach pogodny wyż, spowodowały wcześniejszy niż zwykle ruch na lotnisku.
W tych warunkach nikogo nie zdziwiła trasa 500km dla szybowców klubowych i 364 km dla maluchów.
Szybowce po odczepieniu wartko nabierają dużej wysokości i… zaczyna się zmora kierowników sportowych oraz przekleństwo zawodów, w których ukształtowały się wyraźne już grupy konkurentów.
Dobre warunki dają nadzieję na szybki lot i ale też czas na manewry przed startem, toteż
zawodnicy często zamiast patrzeć dogodnego momentu na odejście szachują się wzajemnie.
W rezultacie zamiast widowiskowych masowych przylotów szybowców na lotnisko spływają
meldunki o lądowaniach- choćby trasa była dobrana najbardziej trafnie.
W tych grach harcowników zatracili się nasi „światowcy”. Pilnując Francuzów nie reagowali na moje sugestie i przegapili optymalną fazę odejścia. Zapomnieli o groźniejszych dla nich Czechach, którzy nie niepokojeni przez konkurentów szybko przemknęli po pomoście chmur
prowadzącym do wysokich gór i do jeszcze lepszych warunków. Wcześnie i bardzo dobrze odeszła dziś na trasę Joanna. Naszej Joannie d'Arc kibicował cały hangar obserwujących ekran. Leciała pięknie z Milosem Dederą i miała szanse na wspólne z nim wygranie konkurencji, ale brakło jej trochę szczęścia i paru metrów wysokości do osiągnięcia mety oraz pełnego sukcesu.
W klasie klub nasza gromadka przerzuciła się w odpowiednim czasie na zachodni brzeg
rzeki Durance i w idealnej fazie rozpoczęli lot z dużej wysokości. Sebastian z Karolem trafili nawet w komin o sile 6 m/sek. Informowani przez poprzedzającą parę Wojtek – Mirek
dopędzili ich i już dalej razem z dużą szybkością łykali przestrzeń. Pojawiły się burze, ale o niezbyt dużej rozległości i przy odrobinie szczęścia można było na tym zyskać, gdy trafiło
się w jej odpowiedni obszar i fazę rozwoju. Jedna z nich zacieniła około 60 km trasy do przedostatniego punktu zwrotnego, ale wschodnia część tego odcinka długo
miała dobre podgrzewanie i nic nie wskazywało na to, że zbliżający się szybko zawodnicy
będą mieli jakiekolwiek kłopoty w locie. Krzysiek z Łukaszem zdołali jeszcze złapać pierwszą chmurkę ze szlaku wiodącego do punktu zwrotnego klasy club.
Ci niestety nie zdołali skorzystać z tego dobrodziejstwa i musieli gnać poza punkt zwrotny w kierunku burzy tworzącej się nad malowniczym kanionem Verdon, która już dość mocno rosiła ziemię. Wśród strug deszczu udało się im jednak osiągnąć wysokość, która pozwoliła wrócić w góry, w których to na żaglu, to z wykorzystaniem gasnących już wznoszeń znów dość sprawnie przesuwali się do przodu wykorzystując wznoszenia. Strata czasu była jednak duża a słońce nisko nad horyzontem. Sebastian parł do przodu po skałach tymczasem lecąca nieco z tyłu gromada pilotów trafiła w komin dolotowy. Nie było jeszcze tragicznie, bo stała jeszcze na trasie chmura, ale jak to wieczorem bywa – miała kilka jąder słabych wznoszeń i gdy Sebastian zniecierpliwiony kominem o prędkości 0.6m/sek odszedł sprawdzić wznoszenie na jej przednim skraju chmura wypięła się na niego i niedobór 150 m wysokości znacznie powiększył się. Nie pozostało mu nic innego jak tylko skierować nos szybowca w kierunku lotniska i modlić się o łaskę niebios. Z pewnością nie cieszyło go oglądanie z żabiej perspektywy tych, którzy jeszcze tak niedawno byli za jego plecami.
Na szczęście wygasły już żywioły i trafny dobór trasy dolotu a głównie efekt całomiesięcznej pracy chłopaków z WIRKK Jurka Biskupa nad zaniedbanymi mocno skrzydełkami „Brawo”
sprawiły, że obszar wokół lotniska zamiast wznosić się przed oczami pilota zaczął powoli
obniżać się ku ramce oszklenia. Nie chciało niestety zniknąć 250m pasmo wzniesień oddzielające Sebastiana od brzegów rzeki z polami przydatnymi do lądowania – bo o dolocie do lotniska nie było co marzyć. Z markotnymi minami wpatrywaliśmy się z Jackiem Kosem
w linię horyzontu nad górkami, ale nie wypatrzyliśmy żadnej kreseczki - nawet wtedy, gdy pilot oznajmił, że przesmyknął się nad zboczem. Ulżyła mi swiadomość, że osiągnął dolinę, ale z drugiej strony wiedziałem, że z takiej wysokości nie można osiągnąć lotniska a pilot świadomy strat jakie wynikną przy lądowaniu przed metą nie podda się do końca.
Odwróciłem się więc i z łomotaniem serca czekałem dobrych lub złych wiadomości.
Wrzask Jacka był jednak jednoznaczny:
- Jest!!! Jest!!!
Kamień spadł mi z serca a hurgot kółka szybowca zabrzmiał jak symfonia Wagnera.
Po obliczeniach wynikło, że zasięg szybowca mimo czołowych powiewów wiatru
osiągnął 43:1 a przelecenie ostatnich kilkunastu kilometrów, dzielących górki od mety, z tak małej wysokości było możliwe dzięki umiejętnemu wykorzystaniu wznoszeń na podnoszącym się zboczu.
Szczęśliwy dolot z pewnością nie byłby możliwy na szybowcu takim jakim było przed dostaniem się w złote i pracowite ręce chłopaków z Żaru. Szczerą wdzięczność wyrazili Sebastianowi Brytyjczycy, stwierdzając jednoznacznie, że w beznadziejnej sytuacji zdali się całkowicie na niego z nadzieją, iż „wie co robi”.
Pracowitym mrówkom z Żaru serdecznie dziękujemy za efekty ich ofiarnej pracy oraz obiecujemy dużego szampana.

Tomasz Kawa

SKARANIE BOSKIE Z TAKIMI PORZĄDKAMI.

Przebywamy rzekomo w centrum Europy i nowoczesności a nie mamy możliwości
dogodnego korzystania z tak podstawowej dziś potrzeby jak dostęp do sieci Internetowej.
Sygnał jest tylko w hangarze odpraw i to głównie wtedy, gdy jesteśmy zajęci pracami
przed lub po locie, albo śledzeniem rozwoju sytuacji w atmosferze i nasłuchiwaniem radia
W czasie, gdy jest on najbardziej potrzebny tj. do obserwacji radarowej burz lub wieczornej
łączności ze światem sieć jest wyłączana.
Trzeba wiedzieć, że lotnisko w Vinon jest bardzo rozległe i kilka pasów z trzech stron okala
rozległa przestrzeń mieszczącą kilkanaście hangarów, kamp i budynki administracyjne.
Nie ma tu komfortu typowych lotnisk na których z jednego miejsca można dokonywać
obserwacji tego co się dzieje na ziemi i w powietrzu a na dodatek mieć pod ręką wszystko co potrzeba. Trochę też denerwują przecieki informacji, iż ustalono sekretne działania, które
mają doprowadzić Sebastiana do utraty równowagi psychicznej, lub przyłapania go na jakiejś pułapce regulaminowej. Być może jednym z elementów takiej niezbyt czystej gry były conocne głośne, huczne zabawy - łącznie z męskim striptizem - w bezpośrednim sąsiedztwie naszego hoteliku. Zabawa w żandarma z St. Tropez pacyfikującego takie orgietki kosztowała mnie sporo nerwów i bezsennych nocy ale dopiero oficjalna skarga złożona do dyrektora zawodów Regina Kutz'a oraz zespołu stewardów położyła chyba temu kres.
Jest natomiast cudownie ciepło i mimo niemal codziennych burz są tu wspaniałe warunki do latania. Młódź towarzysząca pilotom ma tu wspaniałe warunki do tego aby się nie nudzić, lecz piloci mają jednak ogromny wysiłek oraz straszny test odporności fizycznej i psychicznej.
Ich koszulki po locie można wyżymać a po wyschnięciu słonego potu wyglądają tak jakby je ktoś wypaprał w popiele. Ja też nie narzekam na brak zajęć w roli kierownika, pomocnika
oraz nadzorcy sympatycznego, miłego, ale swawolnego zespołu.
Dziś po raz kolejny słupek termometru powędrował w okolice 36 stopni Celsjusza.
Wczesne burze w górach spowodowały zmianę zadania z trójkąta 303 km na … wielobok 313 km w klasie club i podobnej zmiany w klasie światowej oraz opóźniono o kwadrans starty.
Na przedgórskim płaskowyżu wokół lotniska miało być bezchmurnie i słabe wznoszenia a tymczasem, nim wyholowano połowę szybowców, po stronie południowej zaczęły się piętrzyć burzowe chmury i wolno nasuwać w naszą stronę.
Za sprawą lepszej znajomości warunków lokalnych, a może lepszych informacji o sytuacji meteorologicznej najbliższy konkurent Sebastiana Neglais odmeldował się chyłkiem natychmiast po otwarciu startu lotnego, podczas gdy dwaj pozostali pilnowali naszego zespołu grając jak zwykle na przeczekanie i wypuszczenie przed siebie. Na szczęście Sebastian ma już na tyle doświadczenia, że nie zważając na zagrywki taktyczne konkurentów zatrąbił do ataku. Mirek jak zwykle ofiarnie postąpił wcześniej kilka kroków do przodu, by chociaż na pierwszych kilometrach trasy pomóc kolegom. Jesteśmy wszyscy pod wrażeniem zaangażowania tego chłopaka i jego syna Michała w sprawy latania i zbudowani ich spokojem, fachowością oraz uczynnością.
Jego nieco słabsze wyniki to głównie sprawa złego doboru szybowca, bo LS 1 jest zbyt lekki na warunki jakie tu panują a jego skrzydła wyglądają jak tarka.
Wcześnie odeszli też Francuzi w klasie światowej zostawiając naszych w czeskim szachu.
Lot w górach był szybki i bezproblemowy ale oczekując na ziemi mieliśmy znów dantejskie sceny. Przyznam się, że choć w życiu wiele już rzeczy widziałem prędkość przemieszczania się tumanów kurzu oraz siła wiatru miotającego meblami, kontenerami na śmieci i łamiącego drzewa robiła wrażenie. Silniejszy widziałem tylko parę razy w Afryce kiedy pod tchnieniami burzy połamały się dwa Antki a przyczepa pełna cegieł była przepychana bokiem niczym kartonowe pudło.
Na szczęście przed przylotem zawodników uleciała w przestworza równie szybko jak przybyła a deszcz zdołał opaść na ziemię. Rosło serce jak spod krawędzi chmur nad
górami, które z pewnością urządzały sobie podobne jak ta nad lotniskiem figle wyłaniały się
kolejne szybowce a szczególnie cieszy fakt, że wrócili wszyscy nasi rycerze i to z dobrymi wynikami .
Jutro dzień przerwy, więc może uda mi się wysłać te kilka słów.

Tomasz Kawa
 dodał: Jerzy Biskup, modyfikacja: Bartłomiej Biskup dnia 21.08.2006